Skip to content

Mariola – Tajlandia

Dla mnie niesamowite jest to, jak wielką odwagę ma bohaterka dzisiejszej historii. Podziwiam ją, że bez większego stresu „przenosi się” z miejsca na miejsce i klimatyzowanie się w nowych warunkach przychodzi jej tak łatwo. Pamiętam moje początki za granicą i tysiące wylanych łez, a tutaj tego nie ma.

Kobieta bardzo odważna, dojrzała,  pewna siebie i swoich decyzji.  

 

 

Swój tekst powinnam zacząć od słów – Nazywam się Mariola i jestem anonimowym emigrantem.

Emigracja, a właściwie kolejne przeprowadzki są już dla mnie jak uzależnienie i są one nieodłączną częścią mojego życia. Wszystko zaczęło się siedem lat temu od wyjazdu do Anglii. Kierunek dość popularny, choć dla nas był to akurat czysty przypadek. Mąż dostał ofertę pracy w Londynie. Spakowaliśmy się we trójkę i tak wszystko się zaczęło. Mieszkaliśmy tam dwa lata i dla mnie osobiście były to dwa lata, które zmieniły wszystko. Zawsze byłam dość samodzielna, ale co innego mieć rodzinę na wyciągnięcie ręki czy właściwie telefonu, nawet jeśli pojawią się w ciągu godziny, a co innego jeśli odległość mierzy się w tysiącach kilometrów i ich obecność nie jest już tak oczywista. Moje życie zmieniło się o 180 stopni, choć nadal kręciło się (i ciągle kręci) wokół dzieci, domu i męża.

DSCN0335

Początki emigracji chyba dla wszystkich bywają trudne. Po pierwszych dniach zachłyśnięcia się nowością i innością, przyszło otrzeźwienie. Chlust zimną wodą i to niekoniecznie czystą. Nowi ludzie, otoczenie, mieszkanie, kultura. To wszystko jednocześnie i ekscytuje, i przeraża – za każdym razem, gdziekolwiek jestem. Czułam się jak mała mróweczka w wielkim mieście, bo tak właśnie można się poczuć w Londynie. Zaczęliśmy organizować swoje życie na nowo i to dosłownie kilka razy, bo przez problemy z mieszkaniem musieliśmy się kilkakrotnie przeprowadzać, zaliczając przy tym rozmaite przygody. Gdzieś pomiędzy urodziła się nasza córka. Łatwo więc sobie wyobrazić, jak wyglądało nasze życie. Wieczny tabor, chociaż to akurat się nie zmieniło. Niemniej – niczego nie żałuję z tamtym chwil. Wielu rzeczy się nauczyłam. Miałam też przyjemność poznać wspaniałych ludzi, z którymi do dnia dzisiejszego utrzymuję kontakt, bo bardzo cenię sobie te znajomości.

Po dwóch mąż dostał nową pracę i tak wylądowaliśmy we Włoszech. Bardzo miło wspominam pobyt w tym kraju. Odpowiadało mi tam wszystko – od jedzenia po ludzi.

lod

Uwielbiam otwartość Włochów, ich celebrowanie życia, podejście do spraw rodzinnych. Mają w sobie coś takiego, że człowiek to chłonie jak gąbka. Żyliśmy tam na wsi. Za oknem kury, koguty, barany. Własny ogród. Jak dla mnie raj na ziemi. Tam również udało mi się nawiązać wspaniałe znajomości. Mieliśmy też wspaniałych sąsiadów, którzy stali się dla nas jak rodzina. Nasze dzieci wspólnie się bawiły, jadły, spały. Z żalem po trzech latach opuszczałam to miejsce.

IMG_6437

A teraz mieszkamy w Tajlandii. Tu urodził się nasz drugi syn i tak od półtora roku mieszkamy teraz w piątkę jako rodzina 2+3, często wzbudzając uśmiech wśród Tajów.

Życie w Tajlandii różni się znacznie od tego, które mieliśmy w Europie i to na każdej płaszczyźnie. Zawsze – gdziekolwiek nie byłam, miałam świadomość, że nie jestem u siebie, ale tu czuje się to bardzo. I nie tylko dlatego, że wygląda się inaczej – nie udawajmy, że z niebieskimi oczami ginę w tłumie, ale również, a właściwie przede wszystkim, dzielą różnice kulturowe, obyczajowe. Przez kilka pierwszych tygodni chodziłam tu wiecznie z otwartą buzią ze zdziwienia.

IMG_20160220_095332 Wszystko inne – flora, fauna, ludzie, język, jedzenie, rozumienie. Te doznania potęgowały jeszcze upały – temperatura dzienna rzadko spada tu poniżej 30 kresek, a często oscyluje w granicach 35 stopni (teraz nawet 40, bo jest pora gorąca), więc strugi potu spływającego po plecach to coś, do czego trzeba przywyknąć. Próbuję Tajlandię chłonąć wszystkimi zmysłami, bo wiem, że jesteśmy tu tylko na chwilę. Świadomość ulotności pchnęła mnie do pisania bloga. Chcę, żeby był on jakiegoś rodzaju pamiętnikiem tego, co nas otacza i spotyka. A wszystko to z dziećmi, których potrzeby się nie zmieniły i które właśnie w rodzicach mają swoją kotwicę, punkt zaczepienia i odniesienia.

IMG_9609

Tajlandia potrafi zachwycać, bo jest inna, a jednocześnie dostępna, cywilizowana. Chociaż czasami odnoszę smutne wrażenie, że za bardzo i na siłę. Wielka szkoda, że wszystko da się skomercjalizować, sprzedać, zmienić pod klienta – w tym przypadku turystę, który przyjeżdża przecież z wielką kasą do wydania, więc trzeba z niego doić jak ze złotej krowy. No, ale lepiej o tym, co dobre. Ludzie w większości przypadków są bardzo przyjaźni, radośni, uśmiechnięci. Choć tu też dodam ale, ponieważ nie należy oceniać przez pryzmat uśmiechu całego narodu i warto mieć oczy i uszy otwarte.

IMG_20160215_114620

Jedzenie zdecydowanie różni się od tego, które znamy. Przede wszystkim cała magia najczęściej dzieje się na ulicy. Butla z gazem, drewniana budka, wok, kilka plastikowych krzeseł i mamy restaurację pod gołym niebem. Jest smacznie i świeżo – wszystko przygotowywane na naszych oczach i bywa piekielnie pikantne! Tajskie jedzenie jest tak różnorodne, że nie da się go opisać w kilku zdaniach, bo to trzeba poczuć, posmakować, przeżyć, przetrawić – tak jak całą Tajlandię. Ale da się tu da się żyć i to normalnie.

IMG_20141122_124128

Opieka zdrowotna jest na wysokim poziomie. Oczywiście, odpowiednio się za nią płaci, ale nie ma się czego obawiać, przybywając tu na wakacje czy z planem, żeby żyć dłużej. Nie będziemy ratowani przez szamana z błędnym spojrzeniem. Dla mnie miało to ogromne znaczenie, bo tu rodziłam i to w normalnych cywilizowanych warunkach, a nie na klepisku. Przyjechałam już w ciąży i to dość wczesnej, więc początkowo byłam pełna obaw, ale niepotrzebnie. Oczywiście też w niektórych miejscach moje oczekiwania nie spotykały się z tym, co oferowała służba zdrowia, ale szpitali jest tu jak grzybów po deszczu, więc jak nie w tym, to innym może się udać. Koniec końców – urodziłam i syn ma się dobrze. Jak cała reszta mojej wesołej gromadki.

IMG_9194

Są również szkoły – dzieci obcokrajowców chodzą do międzynarodowych. Czesne też nie należy do najniższych, ale dzieci na pewno niczego nie stracą. Nam udało się znaleźć całkiem przyzwoitą i jesteśmy bardzo z niej zadowoleni – zarówno dzieci, jaki i my – rodzice.

IMG_7918

Język- Nie mówimy po tajsku, bo znajomość tego języka jest tu zbędna. Można mówić po angielsku, a w zasadzie najbardziej przydaje się język migowy. W większości sytuacji działa, szczególnie na ulicy, a w urzędach, szpitalach, szkołach mówi się po angielsku. I to dość duży plus, bo Włochy nieco przymusiły nas do uczenia się języka. Nie żałuję, bo uwielbiam brzmienie tego języka. Jest dla mnie jak muzyka, której można słuchać godzinami. Jednak umówmy się, że kiedy przyjeżdżasz do obcego kraju, to twoja znajomość języka jest żadna, a tam znajomość angielskiego w wielu miejscach się nie przydawała. Język migowy też nie wystarczał.

IMG_20150606_110851

Ogromną zaletą naszego migrowania, w mojej ocenie, jest możliwość poznawania ludzi. Tu również udało mi się poznać ich mnóstwo, a naprawdę jakoś specjalnie o to nie zabiegałam. Chyba nigdy wcześniej nie miałam takiego szerokiego i międzynarodowego grona znajomych. Część z nich stanowią Polacy, a właściwie Polki, bo jest tu ich całkiem sporo. Spotykamy, rozmawiamy, gotujemy, dzielimy się swoim życiem po troszku. To nasza namiastka polskości w tej całej egzotyce, domu, za którym tęsknimy. Mam świadomość, że część tych znajomości zweryfikuje czas, ale póki co cieszę się z każdej chwili spędzanej razem.

IMG_9119

Nazywam się Mariola Cyra. Przede wszystkim matka. Żona, kura domowa, choć mało pokorna. Polonistka, językoznawca w stanie spoczynku. Emigrantka od lat siedmiu. Z wyboru. I w tym wszystkim kobieta spełniona, choć wiecznie jeszcze poszukująca i ciekawa świata. Jeśli kogoś bliżej interesują, jak się żyje w Tajlandii – czy innych miejscach na Ziemi, zapraszam do odwiedzenia i polubienia mojego bloga: BLOG To moje skromne miejsce, w którym staram się dzielić tym, co mnie otacza, a naprawdę potrafi zaskoczyć! A już niedługo nowe wyzwania, już za rogiem! Nie mogę się doczekać.

IMG_9666

 

 

7 komentarzy

  1. Paulina Paulina

    Gratuluje odwagi i wytrwałości <3
    Napewno bloga odwiedzę 🙂
    Pozdrowienia z Anglii

    • Bardzo dziękuję. I zapraszam. 🙂 Pozdrowienia z Bangkoku.

  2. Dziękuję za publikację. Łez może brakuje, ale tęsknota nadal jest. Ale to już wpisane w nasze życie, jak kolejne przeprowadzki. Dziękuję za publikację. Pozdrawiam.

  3. Miloa Miloa

    Bardzo ciekawa historia. Pozdrowienia dla Marioli.

  4. MdaSilvabarbosa MdaSilvabarbosa

    Ta lekkosc piora! Bardzo przyjemnie sie czytalo – jak dobra ksiazke! Gratuluje odwagi oraz sily…ja Tu portki trzese przed przeprowadzka do Portugalii bo daleko od mamy, bo jest to kraj mojego meza a Nie moj… Aj! Ja glupia! Matka podrozniczko – chyle czola! Inspirujesz!

Comments are closed.