Skip to content

Kasia- Niemcy

 

Kasia nie jest jeszcze mamą, ale postanowiła dołączyć do naszego grona i podzielić się historią swojej emigracji. To co najbardziej w niej cenie, to jej determinacja i to jak pokazała że CHCIEĆ-TO MÓC! Kasia naprawdę bardzo mi zaimponowała swoim charakterem i jest to na pewno kobieta godna podziwu. Jej zawziętość i wiara w to co robi jest niesamowita!

 

Witam serdecznie wszystkich czytelników bloga i gorąco dziękuję Paulinie za zaproszenie do projektu.

Opowiem krotko historie mojej emigracji. Przyznam, ze była to decyzja bardzo przemyślana, a do samego wyjazdu przygotowywałam się kilka dobrych miesięcy.

Mój mąż miał w miarę dobrą i stabilną prace w Polsce. Dobrą, znaczy w swoim zawodzie praca umysłowa. Mąż ma świetne wykształcenie, jednak w pracy nikt nie pozwolił mu na rozwiniecie skrzydeł, bo przecież starsi i doświadczeni zawsze wiedzą wszystko lepiej i trzeba się podporządkować i cieszyć ze w ogóle zostało się przyjętym na takie stanowisko. Nie zarabialiśmy „kokosów”, ale starczało na życie na średnim poziomie. Ja pracowałam na pól etatu, ale i tak nawet z tego cieszyłam się świeżo po ukończeniu studiów. W każdym razie nie narzekaliśmy, choć wczasy zagraniczne były dla nas luksusem, nie ukrywam. Moim odwiecznym marzeniem było założenie własnej działalności gospodarczej. Nawet przechodziło mi przez myśl otwarcie działalności i równoczesna praca na pól etatu. Niestety cala rodzina, znajomi skutecznie mnie zniechęcali. Wszyscy wręcz wyśmiewali moje pomysły i pukali się w głowę.

”Przecież to nie może się udać, przecież są już takie firmy w Polsce, nie masz szans z grubymi rybami, daj sobie spokój, zajmij się lepiej praca w swoim zawodzie, taki towar?? I ty myślisz, ze to ktoś kupi??? Ty w takiej branży? przecież ty się do tego nie nadajesz! Do prowadzenia firmy nadają się pyskate, bezczelne, pewne siebie osoby, nie ty”– mówili.

Moja samoocena spadła do zera i potulnie skupiłam się na mojej pracy na pól etatu (która jeszcze bardziej mnie frustrowała) i gotowaniu obiadu dla męża. Wszystkie ambicje zduszone w garnku z rosołem… Ale w Polsce przeszkadzało mi jeszcze kilka innych kwestii, raczej kulturowych i mentalnych, o których nie będę się tu rozpisywać, a które są dla wszystkich jasne.

Przestałam widzieć sens w dalszym życiu w tym kraju. Zaczęłam zastanawiać się nad wyjazdem. Padlo na Niemcy. Miejsce wybraliśmy ‚palcem na mapie’ Nie mieliśmy w Niemczech nikogo, do kogo moglibyśmy przyjechać. Wybrałam miasto, które mi się podobało. Maz stwierdził, ze zwariowałam. Znajomi mówili, ze poprzewracało nam się w głowach. Zaczęły się przygotowania. Na początek trzeba było podszkolić niemiecki. Co dzień wstawałam o 5 rano i uczyłam się sama w domu. Wcześniej rozpisałam sobie codzienny plan nauki, aż do dnia wyjazdu, w którym odnotowywałam czas nauki i przerobiony materiał. Słówka, codzienna dawka gramatyki, później do kolacji jeszcze szczypta niemieckiego. Zamówiłam kilka dobrych książek do gramatyki, a po niedługim czasie blat stołu od ilości nagromadzonych fiszek i notatek stawał się coraz mniej widoczny.

Po pól roku wyciągamy wszystkie oszczędności, pakujemy swoje rzeczy w 4 walizki i wyjeżdżamy.

Jedziemy prosto na ustalony Besichtigungstermin. Udało się! Wynajmujemy piękne mieszkanie w ładnej dzielnicy wybranego przeze mnie wcześniej miasta. Koszty maklera, mieszkania, kaucji i garażu trochę nas szarpnęły, ale była to inwestycja w nasze lepsze życie. Pierwsza noc w mieszkaniu jeszcze bez mebli. Rano śniadanie na ziemi, gustownie podane na kartonie po owocach, bo mieszkanie nie było w pełni umeblowane.. Chrzanić meble… idziemy najpierw zwiedzać miasto.. pogoda jest cudowna, trzeba to wykorzystać. W upalne, lipcowe noce pijemy zimne, niemieckie piwo na balkonie i gadamy do północy obmyślając kolejne kroki do naszego lepszego życia. Zakochałam się w Niemczech od pierwszego wejrzenia. Nasze zwiedzanie trwa 2 tyg, chodzimy po mieście, jedziemy nad pobliskie jezioro, odpoczywamy od polskiego stresu i napięcia,a dopiero potem zaczynamy się powoli meblować… Maz zostawił w Polsce prace w jego zawodzie, którą tak ciężko jest zdobyć i nie podzielał na początku mojego optymizmu, jednakże w wirze nowych, pozytywnych wrażeń zapomina o wszystkim.

Im dłużej mieszkamy tym więcej poznajemy nowych ludzi. Sąsiedzi są życzliwi i pomocni. Sami pukają do naszych drzwi i pytają, czy nie potrzebujemy pomocy. Sasiad, na przeciwko którego mamy balkon, oferuje pomoc w nauce niemieckiego. Nie skorzystaliśmy, bo jak najszybciej zapisujemy się do szkoły językowej, ale jesteśmy pod wrażeniem niemieckiej otwartości i gościnności. A tyle w przed wyjazdem się nasłuchaliśmy, jacy to Niemcy źli, jak pomiatają Polakami. W szkole językowej siedzę z moim mężem w jednej ławce hahaha i rywalizujemy o lepsze wyniki. Czuje się, jak gdybym przeżywała druga młodość. Znowu szkolą, sympatyczni ludzie, spotkania po zajęciach w knajpkach lub kawa z koleżankami z grupy. Grupa jest 15 osobowa, mieszanka kulturowa z wielu krajów, ale jakoś zupełnie nam to nie przeszkadza. Na przerwach wygłupiamy się jak dzieci, udając nawzajem swoje akcenty i sposób mówienia. Mamy przy tym ubaw po pachy.

Daliśmy sobie niecały rok na naukę języka, oswojenie się z krajem, życie z oszczędności. Po tym czasie już całkiem dobrze posługiwaliśmy się językiem niemieckim, choć brakowało w nim płynności. Maz poznał w szkole językowej sympatycznego chłopaka z Europy Wschodniej, który pracował w tym samym zawodzie w Niemczech i poradził mu zgłosić się do swojego pracodawcy. Tak tez zrobił. Dostał zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjna i ku naszemu zdziwieniu udało się, mimo, ze błędy gramatyczne co jakiś czas wkradały się w jakieś zdanie, a do tej pracy język musiał być nienaganny. Początkowe pól etatu na okresie próbnym przekształciło się w cały etat. Ja jednak ciągle nie miałam pracy. I pierwsze łzy się polały, ze znowu wszystko muszę zaczynać od zera, ze nie mam już 20 lat, ze jesteśmy w Niemczech zupełnie sami, rodzina tak daleko, ze nie mam szans na prace w swoim zawodzie, bo musiałabym się starać o uznanie dyplomu. Ale przypomniałam sobie Polskę i wszystkich demotywujacych mnie ludzi i zebrałam się do kupy. Dzień później miałam termin u Steuerberatera (księgowego) odnośnie otwarcia firmy. Raz się żyje. Albo spróbuję spełnić marzenia, albo będę cale życie żałowała. Jest takie powiedzenie: ”Wer kämpft, kann verlieren, Wer nicht kämpft, hat schon verloren.” (Ten kto walczy może przegrać, Ci którzy nie walczą już przegrali). Ustaliliśmy szczegóły i za parę dni siedziałam już na kanapie z Gewerbeschein-em w reku. Tysiące myśli przelatywały mi przez głowę, czy sobie poradzę, czy wystarczy pieniędzy. Rodzina jeszcze nic nie wiedziała. Zrobiłam to w tajemnicy przed nimi, zanim jeszcze zdążyli spisać mnie na straty i wyśmiać. Maz mnie wspierał i po swoim małym sukcesie zawodowym docenił moje szalone pomysły.

Teraz, kiedy to pisze, mój początkowo mały Geschäfcik (biznesik) jest już dorodnym, dobrze radzącym sobie na rynku kilkulatkiem. Jestem bardzo szczęśliwa i spełniona zawodowo, właściwie do pełni szczęścia brakuje tylko…. pewnie wiecie?…:) Ale dziękuję Matce-Emigrantce, ze pozwala nam trochę ‚zajrzeć’ w swoje życie. Dzieki Niej mogę mieć przynajmniej namiastkę szczęścia i radości którą emanuje dziecko.

Jeśli mogłabym dać taka jedna rade od siebie dla przyszłych emigrantek …Nie pytajcie innych czy warto? Co powinnyście zrobić? Ktora drogę wybrać? Nikt nie zna Was lepiej, niż Wy same i każdy będzie doradzał tak, jak byłoby dla niego najlepiej, a nie dla Was. Zaufajcie same sobie.

Pozdrawiam wszystkie emigrantki; obecne, przyszłe i byle.

Katarzyna