Skip to content

Domnika- Niemcy

Z Dominiką znamy się osobiście, bo udało nam się spotkać przed świętami Bożego Narodzenia. Poznałam wtedy właśnie tą cudowna osobę, jej śliczną córkę Antoninę i wesołego męża. Do tej pory utrzymujemy kontakt, Dominika jest osobą która zaraża swoim ciepłem i optymizmem,a przede wszystkim pasją do biegania, bo właśnie ta drobna osóbka jest maratończykiem. Żałuję, że takiej osoby jak ona nie ma przy mnie na co dzień,ale ciesze się ze było mi dane ja poznać i mam nadzieje że kontakt jaki ze sobą mamy nigdy się nie urwie. Teraz zapraszam Was do przeczytania pierwszej historii mamy na emigracji.

 

„Miałam zaledwie 15 lat. On 19. Był Niemcem, choć jego rodzice pochodzili z Polski. Nasze babcie były rodzonymi siostrami, jednak nas nie łączyły żadne więzy krwi, ponieważ moja mama wyszła ponownie za mąż, gdy byłam mała, i tak w rzeczywistości BABCIA, nie była moją babcią. Przyjeżdżał co wakacje, mówił trochę po polsku. Tak się poznaliśmy. Mijały lata, z biegiem czasu przylatywał do Polski co 2 tygodnie, a ja coraz bardziej byłam świadoma, że życie na granicy dwóch krajów nie ma sensu.

Gdy miałam 18 lat zaszłam w ciążę. On rzucił wszystko i zamieszkał ze mną w mieście, gdzie kończyłam liceum. Wychowywaliśmy wspólnie naszą córkę Antoninę Marię. Ja byłam w klasie maturalnej, kończyły się oszczędności, wszyscy wiemy jakie są polskie zasiłki. A on mimo wykształcenia chemika, znajomości biegle 3 języków, w tym polskiego, nie mógł znaleźć pracy. Mazury nie obfitowały w przemysł chemiczny,dlatego wrócił do kraju, a ja zamieszkałam z rodzicami.
Poszłam na studia. I mimo marzeń o byciu położną, wybrałam Technologię Żywności, gdyż były to studia zaoczne, a tylko tak mogłam studiować. Tosia rosła bez taty, ja za nim tęskniłam i każdy urlop mijał jak pstryknięcie palcami.

nasza rodzina
Pamiętam jakby to było wczoraj. Był zimny grudzień. W piątek zaliczyłam kolokwium z biochemii. To był ciężki semestr. Nie miałam szczęśliwego dzieciństwa, dlatego życie u rodziców było katorgą, szczególnie, że od 16 roku życia mieszkałam na stancji. Pomagałam im w gospodarstwie, samotnie wychowywałam Tosię a nocami uczyłam się. I w sobotę powiedziałam DOŚĆ. W następną sobotę, jechaliśmy już we troje do Niemiec. Płakałam całą podróż. Dlaczego? Ze strachu przed nowym światem, który miał się stać MOIM. I ze szczęścia, że już jesteśmy razem.Pierwsze miesiące, szczególnie Boże Narodzenie, były ciężkie. Znałam podstawy języka, mieszkaliśmy u jego mamy i jej partnera. Od przyjazdu do kwietnia (4,5) miesiąca byłam jałowa, załamana. Potem wszystko się zmieniło.
pierwsze święta
Nie pozwoliłam sobie upaść. Starałam się wychodzić z domu, rozmawiać z rodzicami na placu zabaw czy w parku. Idąc do jakiegokolwiek urzędu, lekarza,NIGDY nie pozwoliłam mówić za siebie. Każdą wizytę w takim miejscu, skrupulatnie przygotowywałam. Uczyłam się słów i rodzajników. Nie zwracałam się w tych urzędach: „Entschuldigung, Ich spräche nur ein bisschen Deutsch.” (Przepraszam,mówię tylko trochę po niemiecku) TYLKO: „Ich spräche Deutsch nicht ganz gut, aber Ich lerne jeden Tag” (Nie mówię do końca dobrze po niemiecku, ale codziennie się uczę).
Poznałam pierwszych polskich znajomych. Czas pędził jak
szalony. Czy tęskniłam za Polską? Pewnie tak. Czas zweryfikował dużo polskich przyjaźni. Te prawdziwe trwają do dziś. Ociepliły się kontakty z rodzicami. Zaczęliśmy budować swój własny dom, a mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu. Gdy pierwszy raz pojechałam do Polski, chciałam już wracać do Niemiec, bo tam był mój dom, najbliżsi.
Mama mojego partnera stała się moją mamą, tata podobnie. Dostałam dużo dobroci i rodzinnego ciepła. Tosia zdrowo rosła, wreszcie miała tatę, widziałam, że i jemu jest lżej. Po powrocie z pracy czekała na niego rodzina.

Był listopad. Minął prawie rok od przyjazdu. Siedziałam z książką o Nordrhein Westfalen. Chciałam coś wiedzieć o swoim landzie, miejscu gdzie żyję. I pewnego dnia, mój partner kupił mi bilet. Schöner Tag Ticket. Upoważniał do podróżowania po całym landzie, wszystkimi pociągami regionalnymi, tramwajami i autobusami. Powiedział „że czas abym miała coś dla siebie”. Od tego dnia do dziś byłam w większości miast. Poznałam Bonn, Essen, Düsseldorf, Bochum, Dortmund, Krefeld, Padeborn i wiele innych.
Co za tym szło rozwinęłam umiejętności językowe. Poznałam cudownych ludzi. Czy się bałam? Jasne! Wsiadłam w pociąg i jechałam. Zgubiłam się dziesiątki razy. Jednak zawsze starałam się dogadać. Zapytać. Miałam słownik, język, dłonie. Mój partner wiedział, że tak naprawdę do tej pory nie miałam szansy gdzieś wyjść sama. Nie mówiąc o koncercie, czy treningu. Od kiedy Antonina była na świecie. W lutym nastąpił wielki dzień.  Nasze dziecko poszło do przedszkola. A ja otworzyłam się na to,na nowe kontakty,nową sytuację.Bałam się, ale aktywnie uczestniczyłam w spotkaniach przygotowawczych.

Ani się obejrzę, a minie rok kiedy Tosia chodzi do przedszkola. Płynnie mówi po niemiecku i ma koleżanki, kolegów.My mamy swój dom, trwają w nim prace wykończeniowe. Zaczęłam pierwszą pracę, z umową i wszystkim, na kasie w Burger King.Nie jest to spełnienie marzeń, ale jak mawiała babcia „wstyd to kraść”. To uczciwa praca, dlatego się cieszę. W przyszłości chcę zrobić zaawansowany kurs języka i pójść na studia. Po niemiecku mówię coraz lepiej. Mam znajomych.Ba! Nawet przyjaciół. Udało mi się przebiec dwa maratony. Przeprowadzka pozwoliła mi wrócić do ulubionego sportu-biegania. Nigdzie nie byłam na tak wielu koncertach jak tu. Wreszcie mam jak i kiedy iść potańczyć ze swoim facetem 🙂 .
Raczej nie chodzę do polskich sklepów, a wiem, że niektórzy po przyjeździe tak robią. Dla mnie są za drogie 😛 nigdy nie byłam w polskiej dyskotece ani barze.W domu nie mamy polskiej telewizji nie czuję potrzeby. Umówmy się – nie wstydzę się, że jestem Polką. Na swojej rozmowie o pracę, drugie zdanie jakie padło to: Ich komme aus Polen. Jestem z tego dumna.

Niemcy stały się krajem, gdzie rozwinęłam skrzydła. To kraj, w którym zaznałam ciepła, założyłam rodzinę, zostałam maratończykiem i odnalazłam siebie. Chcę tu mieszkać, żyć, studiować, urodzić dzieci. Jestem ogromnie wdzięczna mojemu partnerowi. Po przyjeździe był najbliższą mi osobą. Mężczyzną, przyjacielem, bratem, kochankiem, ojcem. To on pozwolił mi trenować, zaznajomić się z tutejszymi ludźmi, miastem. To on wyganiał mnie z domu mówiąc „dziś jedziesz tam albo tam sama”. Kocham go!

Niemcy? To nie jest kraj gdzie praca leży na ziemi. Co to, to nie. Tu nie jest kolorowo i pięknie, jednak jak wygląda nasze życie, to tylko nasza zasługa. Jeśli ktoś szanuje pracę, ludzi, zarobione pieniądze-nie zginie. Jednakże wszystkie historyjki typu: Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca, to bzdury. Owszem, żyje się tu lepiej, mamy świetne przedszkole. U lekarzy nie ma takich wielkich kolejek, ale to ma swoją cenę. My jednak nie kłócimy się z podatkami. Po coś są! Z przykrością stwierdzam, że czasami łatwiej dogaduję się z Niemcami. Polacy już nie raz potrafili poniżyć, rzucić kłodę pod nogi, a po dwóch miesiącach udawali, że zapomnieli język polski.

Język? Nie ma dnia, abym się nie uczyła. Jednak nie wygląda to tak,że siedzę w książkach. Po prostu słucham radia, podczas prasowania odpalam filmy. Czytam gazety, przy czym tłumaczę nieznane słownictwo. W domu przykleiłam na różne przedmioty,ich niemieckie nazwy.

Wierzę, że życie w innym kraju może być szczęśliwe. Są jednak warunki: trzeba tego chcieć, być cierpliwym,pokornym oraz się starać.

Nazywam się Dominika Niedziałkowska. Matka, emigrantka, kobieta, od 7 lat partnerka, podróżnik, biegaczka, maratończyk. To moja historia. Historia wyjazdu, życia, miłości.

Tyle dla Ciebie Paulino. Teraz jest mi lżej.”

 nasze biegi

3 komentarze

  1. natalia natalia

    Super pozytywna historia ?

  2. Malenka2511 Malenka2511

    Dominika,piękna historia. Twoja historia. Życzę ci powodzenia w dalszej realizacji swoich planów!

  3. Dominika ta historia wiele dla mnie znaczy. Sama mieszkam od 2 lat w DE, raz jest lepiej a raz gorzej. Czasem potrzebuję naprawdę mocno przekonywać się, że „nie jest tak źle”…

Comments are closed.